Z KSIĘŻYCEM W TLE CAŁUJĘ CIĘ
pisany patykiem na piachu dla ciebie wiersz
o tym między innymi, że wiatr zerwał z jarzębin korale
rzucił w trawy zamiast się bawić doskonale
beztrosko poleciał sobie dalej
i ciebie z tej plaży i z mego świata zabrał gdzieś też
a tu zostały te morską trawą otulone śliskie kamienie
ja po nich chodzę i skręcam kostki ,z bólu syczę
by szybko ból ustał do dziesięciu liczę
Z radością i zachwytem oglądam śliczne kolorowe kamyczki w wodzie
gdy je jak skarb wyciągam to jaskrawie widzę
że na powietrzu schnąc przy bliższym pozaniu tracą na urodzie
przez chwilę snuję cień refleksji i do wspomnień zarys analogii
wniosków nie mam żadnych bo uważać muszę
gdzie i jak bezpiecznie stawiać nogi
bo tak głupio swego pecha kuszę i kuszę
więc wspomnieniami wracam do ciebie
i do czasu w którym tu się krzyżowały poganiane wiatrem nasze cienie
i tak jakoś niezobowiązujące ogarniało mnie wzruszenie
Jaskółki jak wówczas latają wysoko ,
mewy obdarzone muzykalnością okropną
uszczęśliwiają swym śpiewem przestrzeń ogromną
po niedawno spadłym deszczu jeszcze mokrą.
Wpatrując się dziś w niesamowicie pomarańczową,
księżyca przepełną, przewspaniałą postać
przypominam sobie , że także kiedyś z tobą
podziwiałem w uniesieniu taki sam widok
obok ciebie stawiając za krokiem krok
zanim nadeszła między nami chwila nieuchronna
jakby wmieszała się między nas nieznana nam osoba postronna
że się musieliśmy u schyłku słonecznego lata rozstać
do swego miasta, spraw własnych wróciłaś
szyć swoje buty jednocześnie oczekiwaniom czyimś sprostać
chociaż takiego jak ja nigdy dotąd nie spotkałaś-mówiłaś.
A to trochę brzmiało jak komplement a trochę jak przestroga
jak przymilna przybrzeżna fala, która wraca gdzie toń głęboka i sroga
Zetknął nas jak to bywa przypadek bo tak to się często zdarza
nieoczekiwanie poświęcając nam w kalendarzach
kilka zapisywanych wspólnie dziś pożółkłych kartek
może marzenia nie były wystarczająco uparte
bo dalej nie chciał nas los poprowadzić przez życia wspólny trakt.
Bez ceremonialnie odwrócił naszą kartę
zgarnął całą zgraną talię, nie przetasował, nie rozdał nowych kart.
Z powagą chwili podpisał pakt taki sobie właśnie losu żart.
Jak zatopił przez zbieg okoliczności kosmicznych los
prehistorycznej muchy zagapionej zmęczony lot
w żywicy balsamicznej kropli co się stała bursztynem złotym
schowałem w srebrnych kroplach rosy porannej
zapisane na motyla skrzydlach poznanej
nowej nadziei imię i trochę za nią tęsknoty.
Zielonej delikatności jedwabnych jeszcze liści
powierzyłem garść najskrytszych o tej nadziei myśli,
które muśnie swym całusem przelotny wiatr
i zabierze je gdzieś przed siebie w daleki świat.
[xx.08.1987 i 17.05.2020]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz