ZERO WSPOMNIEŃ Z CZESKIEJ PRAGI?
Nie dotykałem do tej pory w mych wspomnieniach słowem nawet najmniejszym Pragi,
może dlatego, że brakuje mi talentu, polotu a w pewnym sensie odwagi.
Kiedy w myśli przepowiadam słowa : zero wspomnień z Czech
ogarnia mnie zakłopotany, pusty , może nawet jednak autoironiczny śmiech,
bo z jednej strony wszystko to pamiętam niestety jak przez mgłę
a z drugiej strony to była przygoda, która się udała rozsądkowi nieco wbrew.
Plan jaki mieliśmy przed wyruszeniem był taki, żeby po prostu dojechać do Pragi,
a potem to się zobaczy, bo pewnie jak widziałem to nietylko w Krakowie
noclegów pełno na każdym kroku, za każdym nierozpoznanym jeszcze rogiem,
zatem żadnych rezerwacji, choćby przybliżonej orientacji,
ale pamiętam, że był pod ręką jakiś polski przewodnik
i rozliczne notatki do czegoś mające się nam na miejscu przydać
Adresy atrakcji, miejsc z twojego punktu wiedzy kultowych
a także jak to zawsze wszędzie, punktów zwiedzania obowiązkowych.
Czystej postaci realizowaliśmy spontan jak podczas każdych naszych wakacji.
Jakby słowa plan nie zawierał ani twój ani mój dni wspólnych słownik
jakby dzięki temu miało nam się zawsze udać wszystko co możliwe wygrać.
Opuściliśmy zdeszczowioną Porębę Szklarską przez Jakuszyce jadąc i dalej
i tak coś mi się wydaje, że jak na nas to bardzo wczesnym ranem.
Gdy mijaliśmy granicę, trzeba się było zatrzymać, by karty opłaty drogowej nabyć,
bo patrole policji czeskiej zwłaszcza turystów polskich lubią pod tym względem zgnębić.
Ale skąd by mieli wiedzieć, że polscy turyści jadą, skoro twe auto ma irlandzkie numery
to nam przez myśl nie przeszło ani razu przez najmniejszy chwili ułamek.
Nie było nam dane sprawdzić jakie są te legendarne policjantów czeskich maniery.
Prowadziła nas bezbłędnie w tamtą sronę dżipiesu mapa i niebieska na niej trasy nić.
Wiodła nas raczej droga prosta, tam piękny widok, tam zaś intrygujący zamek.
Mijaliśmy także po tej stronie piękne góry, lasy, jakąś rzekę, gdzieś tam most
i co jakiś czas pokazywał sie i towarzyszył nam to znów,gdzieś ginął nagle kolejowy tor
jakby całkiem jak i my też gnający przed siebie co tchu ku przygodzie na wprost.
Serce rosło , płonął wzrok , mózg się w endorfinach pluskał, pławił
i trudno nie powiedzieć, żeś to ty to wszystko tym pomysłem śmiałym sprawił.
Dotarliśmy w końcu, a jakże bez problemu - było chyba wczesne popołudnie.
Już wjeżdżając w przedmiejskie rogatki
kierowaliśmy się na adresy noclegów wedle sporządzonej kartki
I sprawdziło się co do joty do trzech razy sztuka
Oraz że znajduje zawsze ten kto szuka.
Dzięki notatkom po kilku niefartach znaleźliśmy nocleg wcale nie byle jaki.
W dzielnicy siódmej, blisko była stacja metra, pętla z której autobusy wyruszały na swe szlaki.
Naszymi sąsiadami byli młodzi ludzie chyba z Polski, każdy z nich jakiegoś fachu robotnik.
Tobie udało się mimochodem i przypadkiem jak dwa w jednym to ustalić
być może w recepcji, a może w palarni gdy wychodziłeś papierosa zapalić.
A może przez ścianę rozmowy było słychać choć nigdy nie była to ordynarna pyskówka.
Przedpokój nas łączył niewielki, łazienka całkiem zwyczajna i lodówka.
W drogę sobie raczej nie wchodziliśmy i żadna integracja miejsca nie miała
My ich nie zaczepialiśmy i oni też nie wykazywali ku temu żadnej aktywności.
Może dlatego, że korzystaliśmy z łaskawości wspaniałej pogody, która nas rozpieszczała.
Bez ograniczeń smakowaliśmy uroki nocy rozliczne i atrakcje dni
tracąc czasem głowę i rozeznanie co jest jawą a co się klorowo śni.
Gnało nas w to piękne miasto codziennie inne z listy twoich marzeń wyzwanie
a byliśmy wszędzie dokąd dało się dospacerować, dojechać metrem albo tramwajem.
Wiele miejsc odwiedzaliśmy wielokrotnie by się przekonać jak wyglądają w dzień a jak w nocy,
spędziliśmy jeden wieczór w klubie, w którym tańczyli piękni, młodzi nadzy chłopcy.
I niespodziewanie po tym wieczorze stałeś się dla mnie nieprzyjemnie obcy.
Nie dałeś się przytulić, nie chciałeś się całować, nie pozwoliłeś potarmosić się za włosy.
Pokazałeś swoje drugie ja, takiego ciebie do tej pory nie znałem
i z takim twoim portretem własnym pod powiekami sam jak odarty z ciebie spałem.
Być może byłeś zły, że nie poszliśmy do dyskoteki na co miałeś ogromną ochotę
bo ty wręcz uwielbiasz taki zgiełk , taki tumult, w nim się czujesz jak ryba wpuszczona w bystrą wodę
a ja się trochę bałem, że ty mi w niej zginiesz a ja cię nie znajdę i co ja zrobię potem?
Nie byliśmy też do końca pewni czy znaleźliśmy właściwe miejsce i bez przymusu wyraziłeś zgodę
abyśmy posprawdzali inne miejsca z twej sekretych pragnień listy,
tak właśnie do owego dyskretnego klubu trafiliśmy.
No ale w jakiś naturalny sposób przeszliśmy nad tym do utartego porządku między nami,
nie zajmowaliśmy się tymi raczej wówczas drobnymi rozdźwiękami.
Może szkoda było czasu wspólnego, którego bądź co bądź niezawiele dla siebie zawsze mamy,
pędzimy w miasto, zwiedzamy zabytki, urbanistyczne nowoczesności znaki podziwiamy.
Urokliwe zaułki, regionalne i markowe knajpki , stylowe przytulne kafejki, kuszą, zapraszają.
Z wiaduktu widać kolejowy dworzec, lubię spoglądać na pociągi które wracają lub wyruszają
w podróże do przygód, obowiązków, do pocałunków , do rozstań, do łez, do końca, do źródła...
Gwarne centra i główne ulice, zdumiewająca ogromna poczta główna.
I wesołość w nas budząca ciekawostka - publiczne toalety niczym okrągła z gazetami budka.
I znowu po swojemu się uśmiechasz i mówisz jak lubię, że Praga jest nieludzko cudna.
Jeszcze jedna nas czeka wyobrażeń i utartego mitu konfrontacja z jego prawdziwym wymiarem.
Wybieramy się na obiad do lokalu spod znaku tęczy, który jest trochę knajpką bistrem, barem.
Lokal niewielki, za barem presonel męski, wśród gości także sami panowie, muzyka z głośnika
rozlega się bardzo dla ucha przyjemna, w światowych przebojach Helena Vondrackova ,
wybieramy stolik, mamy przy nim piękny widok na nadrzeczny bulwar i na wiatr który nas tu przwiał,
na temat lokaliku, położenia, wystoju, klimatu, nad kartą dań i napojów potoczyła się rozmowa..
Raptem się wyda tajemnica chociaż nikt przed nikim jej niczym nie skrywał
że nie kluska jak wielu myślało a specyficznie przygotowana biała bułka stanowi istotę knedlika.
A chociaż przed nami wiele jeszcze praskich atrakcji
już się czuje nadciągający powiew zmian zwiastujący koniec naszych wspólnych wakacji.
Wrócimy drogą już nie tak prostą
meandry serpentyn górskich nas powiodą,
dżipies wywiedzie w pola i bezdroża
więc na wyczucie będziemy się kierować
aż dotrzemy do Wisły, przeskoczymy Ustroń, miniemy Skoczów.
I za niedługo znowu będziemy w punkcie wyjścia, czyli w domu.
[13.01.2021]