Tamten maj, tamten dworzec
Kiedyś znad Pacyfiku będąc w podróży,
czekając na przesiadkę do St. Louis
spędziła wieczór na dworcu w Kansas City
pretekst dla wiersza wręcz znakomity.
Wokół panował zbyt nudny spokój,
do biletowej kasy nie było tłoku,
nikt nawet szeptem nie prowadził rozmów,
majowy księżyc miał wszystko na oku
i rozkład jazdy i czasopisma z zeszłego roku,
więc zanim się zbliżył pociągu gwizd
zdążyła napisać zdań kilka, krótki list,
wypisać do przyjaciół na ich domowy adres
widokowych kilka kartek
nie dbając jaki na nich jest obrazek,
zanim w oddali zadudniły żelazne koła
pogłaskała przybłędę - dworcowego kota.
Nikt więcej nie przyszedł ją spotkać,
tylko wiatr zaskrzypiał drzwiami,
z ciekawości zajrzał do środka,
o, pomyślał, z tą panią to my się znamy.
Sypnął wraz z miejskim kurzem
marzeniami, wspomnieniami, nadziejami
i garścią kolorowych złudzeń,
że się bezbłędnie wie, po co się tłucze
człowiek po świecie, za czym tak gna,
czy wskazówek szuka, czy tropi znak
gdzieś raz zobaczony, w natłoku spraw
potem zatracony, czy tylko ucieka wpław
przez szerokie rzeki losu i czasu,
unikając zgiełku i hałasu
by cennego nabrać dystansu.
Gdy w megafonie zabrzmiał głos niski,
że przyjazd oczekiwanego pociągu jest bliski,
niedopałek papierosa wrzuciła do popielniczki,
poprawiła makijaż przy lusterku puderniczki,
przeczesała włosy, zamknęła torebkę,
schowała zeszyt z wierszami do walizki,
po koleżeńsku rozstała się z kotem,
po dziś dobrze nam znaną starą piosenkę
przez radio usłyszeliśmy w czas jakiś potem.
Zaśpiewali Skaldowie.
[ 27/28.05.2023 ]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz