ZASADNICZO
srogą zimą w na swój sposób szczęśliwym roku 1969 pańskim
i po kilku niekoniecznie oczekiwanych zmianach miejsc
szukając właściwego pieca by z niego chleb powszedni jeść
na całe życie wylądowałem na Wybrzeżu Gdańskim
a był to okres poważnych błędów świata i epoka historii wypaczeń
gdy najpiękniejsze prawdy płonęły na stosach
w ogniach coraz bardziej nieprawdziwych znaczeń
i dziś już w niczym ich nie można rozpoznać
ale nie o prawdy z mlekiem mamy ssane
oczywiście chodzi w rzeczy samej
z takich prawd i ich z życiem konfrontacji
chyba cały jestem zasadniczo poskładany...
Urodzony zostałem w Makowie Podhalańskim
i do dziś szczycę się tym pochodzeniem góralskim,
co zaś nastąpiło potem moja pamięć ustalić nie potrafi
ale chrzest - następny ważny punkt mojej biografii
z papierów to wiem - odbył się w koszalińskiej parafii.
A w grudniu tragicznie pamiętnym 1970 roku
mieszkaliśmy już w Gdyni pod lasem na Grabówku
przy ulicy Beniowskiego w czteropiętrowym bloku
w kawalerce ze ślepą kuchnią na samej górze
pamiętam epizody pojedyncze, szczegóły niektóre,
ale większość w niepamiętania mroku
traci ostrość swego rysunku
zatem nie wiem na rękach swoich czy może w dziecinnym wózku
przez most nad peronem Gdyni Stoczni mamusia mnie niosła czy wiozła
by się do swego małżonka jak najprędzej dostać mogła;
może była w swego rodzaju nie do pojęcia amoku, ze strachu w szoku
bała się być wtedy ze mną bezbronna i tak nagle sama
gdy się w powietrzu unosiły odgłsy strzelaniny, kłęby dymu, zapach prochu.
Trudno wyrokować jakby się dla nas skończyła tak bez sensu wybrana
droga szukania cienia poczucia bezpieczeństwa, ratunku na zapas
akurat tam gdzie było na to przecież najmniej szans w tamten czas
gdyby nie to, że ją ktoś zawrócił z źle obranej tamtego ranka drogi
nim by mogło okazać się zapóźno bynajmniej ... dla nas
więc wróciła do domu w niewłasne a wynajmowane najbezpieczniejsze progi.
Wynika z tego, że życie moje
z podobnych skrawków okoliczności
szczęścia zszywa i barwne i niepozorne stroje
ze mną przekracza Rubikony, rzuca kości,
poskramia wiatraki zawsze ponadczasowe,
na drugą stronę luster zaprasza
solennie opiernicza i przeprasza,
zapomina o perłach ,na drobne się rozmienia
w bezsensach szuka podwójnego znaczenia,
rozprasza mgły między preludiami Chopina,
nieba rozgwieżdża jego nokturnami.
Zasadniczo tęsknotami zajmuje się, snami i marzeniami.
Cierpliwie rozpatruje codzienne me podania
nawet takie w których brakuje uzasadnienia.
[ 02.01.2020 ]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz