ZGASŁY ŚWIATŁA NOCNYCH GWIAZD
przepadł gdzieś księżyc i Wielki Wóz
Piękna Wenus kroki gubi
na Mlecznej Drodze jak w studni
A mój kot mi bezczelnie i natarczywie mówi,
że już najwyższa pora wstać
a co ja za degrengoladę odstawiam, żesz kawa mać,
to jakby żarliwie namawiał do
wspólnego oglądania świtającej zorzy
a jak nie wstanę to i on biedak nie zdąży
nie pytam do czego potrzebne mu to, bo kot to kot.
Gdy się ze wstawaniem jeszcze ociągam on tak tego nie lubi
i swych zaklęć chyba ze sto przepowiada
i pociera łapką swój pyszczek i wąsisko długie gubi,
a przecież to jest właśnie chwila taka
nim otworzę zaspane oczy
i w płuca bez trudu wezmę łyk poranka
jak pocałunek z ust kochanka
gdy otula mnie jeszcze łagodnie, czule i miękko sen
jak na fotografii uwieczniona
spokojna , bezpieczna zielona przestrzeń
okolic Czantorii opodal Ustronia
a on się niecierpliwi, nerwowo kroczy
prawie, że przed łóżkiem defiluje?
manifestuje? protestuje?
albo naprzeciwko przysiada ostentacyjnie
z postanowieniem, że nie ma to tamto i bezapelacyjnie
swój wymowny wzrok wlepia we mnie
i tak nim świdruje
i świadomie z czystą premedytacją manipuluje
a kiedy to nie pomaga to się nagle nieziemsko drze,
obawiam się, że na równe nogi się zrywa cały Hel,
wszak woda w zatoce głosy nieźle niesie
a to jest gorsze niż poranne obsejse
które po przebudzeniu mnie dopadają
i brak pewności to podsycają, to oswajają
i jak ostatnich dni najbardziej dojmujące troski,
jak codzienny dylemat paraszekspirowski,
wspomnieć też warto o innych przez niego
praktykowanych sztuczkach i trickach
ma bogaty wachlarz i genialnie udaje zawsze niewinnego,
jak zrzucanie różnych przedmiotów z szafek lub ze stolika
i nie myśli tu o własnych przy tym rozrywkach
a o rzetelnym hałasie
czym mnie faktycznie w końcu obudzi właśnie.
Czasem gdy autorytatywnie uzna, że spania mam już dość
posuwa się w swych poczynaniach znacznie dalej
i podejmuje działania o wiele bardziej radykalne
po prostu gryzie mnie w palec, piętę albo w nos.
Ostatecznie potulnie ulegam kociemu terroryzmowi
wstaję, idę a on uważnie mój każdy krok tropi,
daję jedzenie rudemu draniowi - to go uspokaja
nawet bez podtekstów ze swej strony
za uchem podrapać się pozwala
i łaskawie pogłaskać się daje ,
też już jestem rozbudzony,
pstrykam włącznik czajnika z wodą na kawę
wykładam przed sobą myśli niczym karty na ławę
bez retuszu zapisuję w dzienniku każdą zapamiętaną sprawę,
przez okno milcząco przyglądam się wiatrowi
jak ochoczo po niebie puchate chmury goni
i wróżę z niczego jak się ułoży los w kalejdoskopie dnia
oddalam jak mogę refleksję na codzienny temat
jakim jest niezmiennie zdrowia stan
sprawdzam, czy gorączkę mam
czy dzisiejszy ból jak wczorajszy jest taki sam
analizuję symptomy i oznaki
przemęczeniem i stresami usprawiedliwiam
mroczki przed oczami
dziękując swej przewlekłej chorobie
za tę specyficzną a bezcenną troskę o zdrowie
za złagodzony niedostrzegalny prawie przebieg
za przedłużony remisji łaski akt
choć na jak długo przecież nie wiem
będę cieszyć się tym szczęściem
póki trwa ten prywatny z życiem pakt
na króciutki moment oddalam strach.
Bo to okropnie niezdrowo tak się premamentnie bać.
[04.04.2020]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz