środa, 22 maja 2024

Plagiat

 Plagiat 


Twój każdy nowy plan to z poprzedniego plagiat
coś porzucasz to zaś po to wracasz jak wariat
robisz między marzeniami efektowny szpagat
a z westchnień do gwiazd rozwieszasz plakat
pod chmurami obojętnego coraz bardziej miasta
chociaż wiesz, że nie bardzo to wypada
tak emocjami na lewo i prawo szastać,
że ta gra tej świeczki nie jest wcale warta.

Żyjesz na pograniczu fantasmagorii i blagi
i nie wiesz sam dokąd cię to zaprowadzi
otaczasz się barwnymi wspomnieniami
i nie przejmujesz źle wyciągniętymi wnioskami
absolutnie, tylko przecinek w trzy czternaście stuknie czasami
w kole twojej fortuny jak niefart podkutymi obcasami
i zostajesz jak Waszyngton za zamkniętymi drzwiami
zmiennymi przewiewany wiatrami .

Przyszywasz guzik do koszuli,
którą najbardziej lubisz
w czasie każdej podróży,
przy nawlekaniu nitki oczy mrużysz,
z ukłucia igłą palca pomyślność wróżysz,
znaną pieśń ku pokrzepieniu pod nosem nucisz
jej ważkie słowa raz po raz w niepamięci gubisz
lecz oto taksówka czeka wychodzić już musisz.

Pociągiem jak życiem pospiesznym 
całkowitą rezerwacją miejsc objętym
od wszędzie do nigdzie nieco w sobie zamknięty 
determinacją swoją wstrząśnięty i przejęty
pędzisz, gnasz przez drogi proste i zakręty
w kawałku czasoprzestrzeni na chwilę wynajętym
w starym nowym krajobrazie za oknem rozpiętym
póki głosem zmysłowej podniety poprosi ktoś do kontroli bilety.

Po drodze ktoś wysiada, ktoś się dosiada,
tu świeci słońce tam zaś deszcz rzęsisty pada,
uśmiechasz się nieśmiało do tamtego pana
ale nie następuje wstępnych rewerencji wymiana,
spłoszona nadzieja jakby dostała linijką po łapach,
może źle wybrałeś adresata, a może to nie ta trasa,
dalej jakaś rzeka, jakiś most, za nim mała stacja,
dyżurny przez megafon coś niewyraźnie ogłasza.

Ogarnia cię wrażenie jakbyś tu kiedyś był,
noc cię w tym miejscu zatrzymała aż po sam świt,
w dworcowym barze kawa miała podły smak,
ktoś nieznajomy zapytał czy może, powiedziałeś tak,
coś nie kleiła się między wami rozmowa,
jakby do żadnej myśli nie pasowały słowa 
ale ukradkowy dłoni dotyk spojrzenie waszych oczu
i pragnienie by jego język w ustach poczuć.

A obok baru była ciemna pusta całkiem poczekalnia
za chwilę pełna waszych czułości i całowania 
fruwały do okoła wasze ubrania
i niewypowiedziane pragnienia kochania
drżały wasze nagie ciała pełne pożądania 
oddawaliście się sobie wzajemnie namiętnie bez zahamowania
w upojną noc pełną rozkoszy bez rozczarowania
a na dworze nie świeciła żadna gwiazda ani latarnia.

Świt was rozdzielił bezimiennie na zawsze
lecz to wspomnienie nie daje się zatrzeć 
a pociąg lekkim szarpnięciem opuszcza stację
po stalowych szynach, pantografem wpięty w trakcję,
radosnym gwizdem mijając semafory otwarte.
Przed tobą drogi mniej niż trzy czwarte,
ruchomy bufet serwuje kawę, herbatę
inkasuje należności gotówką i przez kartę.

Wiatr pędem powietrza do okna przykleił zielony liść,
patrzysz na umykający świat przez ten filtr,
gdzieś w oddali snują się jak zaczarowane mgły,
myślisz sobie, że ta podróż ma coś z de javu,
jak powracające nieprześnione uparte sny,
z refleksji wytrąca cię mijanego pociągu świst,
odkleił się od szyby ten zielony liść i znikł,
ty i tak będziesz na czas tam gdzie masz być.




[ 12- 22/23.05.2024 ]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz