Z UST MOICH SKARG
(Sławkowi P )
Dzisiaj znowu wiatr mocno wieje,
mewy pokrzykują do siebie
jakby były na pół świata w gniewie,
głosy ich niosą się po szarym niebie...
Twoje listy jak wiersze
najpiękniejsze, najszczersze
raz krótkie
coś między etiudą a preludiem,
jak pozdrowienie przelotne,
jak stokrotki w za dużym wazonie,
często jednak obszerniejsze,
bywają nieśmiałe, to znów odważniejsze
o wspólnocie duszy co zakreśla wspólną przestrzeń
w której intymnym szeptem moich tęsknot jesteś.
Kiedyś dawno , późnym latem,
niecierpliwie , na peronie
stacyjki maleńkiej kopertę z listem od ciebie rwałem,
drżały mi dłonie,
doczytałem, że mówisz ,, tak "
i byłem przeszczęśliwy
bo wyjątkowy i dla ciebie jedyny,
dlatego tak dobrze pamiętam tamtej chwili smak.
Ale późną porą jesienną
gdy po wielkmi mieście błądziłeś ze mną,
jeszcze nie wiedziałem, że stała w moim równaniu
okazała się płochliwą zmienną
ale wiedziały już o tym deszcze w Warszawie i Poznaniu,
i że zmieniły się priorytety, górę wzięły konwenanse...
Nie wytrzymały tej próby moje szanse,
po prostu trafił je szlag,
twoja piątka na dyplomie katolickiej uczelni
i twoją do mnie miłość szybko diabli wzięli.
Ale nikt z ust moich nie usłyszał skarg.
Tylko nie uwierzę, że los tak właśnie chciał.
Bardziej wtedy zabolało mnie,
że ty przestałeś chcieć.
[ 08.04.2022 ]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz